Cygan

W pewnym wieku nie po to człowiek bierze książkę do ręki, żeby się denerwować.
(Jerzy Pilch - Dziennik)

Jadąc do Babadag

Jadąc do Babadag - Andrzej Stasiuk

Więcej na:

https://cyganblog.wordpress.com/2016/12/26/jadac-do-babadag/

 

Zagrajmy

Monopol na zbawienie - Szymon Hołownia Kilka słów tutaj https://cyganblog.wordpress.com/2016/09/19/zagrajmy/

Dobry początek

Szaleństwo Almayera - Joseph Conrad Kilka słów tutaj https://cyganblog.wordpress.com/2016/09/18/dobry-poczatek/

Smak soli

Obcy przyszedł na farmę - Mika Waltari Kilka słów tutaj https://cyganblog.wordpress.com/2016/09/17/smak-soli/

Czysta magia

M jak Magia - Paulina Braiter, Neil Gaiman Kilka słów tutaj https://cyganblog.wordpress.com/2016/09/16/czysta-magia/

Oddział chorych na raka

Oddział chorych na raka - Aleksander Sołżenicyn Szwankuje edycja, więc tylko tak... https://cyganblog.wordpress.com/2016/09/15/oddzial-chorych-na-raka/

Reportaż z Wielkiego Miasta

Ziemia obiecana - Władysław Stanisław Reymont Szwankuje edycja, więc tylko tak... https://cyganblog.wordpress.com/2016/09/14/reportaz-z-wielkiego-miasta/

Dyzma jak Lenin

KARIERA NIKODEMA DYZMY - audiobook - Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Jakoś nie mogę czytać normalnie książek. Zawsze muszę się czegoś doszukiwać. A to treść ma czegoś uczyć, a to forma zwracać uwagę. Nawet jak biorę do ręki temat prześmiewczy, i humorystyczny – coś musi mi wyskoczyć. Miało być lekko i dowcipnie.

Ale nie wyszło śmieszno.

Wyszło straszno.

Ten Dyzma jest jak kiedyś Lenin

Wiecznie żywy.

 

Pan prezydent nie wątpi, że pan prezes nie odmówi mu, zwłaszcza dziś, w dobie ciężkich zadrażnień politycznych i ostrego kryzysu gospodarczego, kiedy kraj trzeba ratować przed staczaniem po równi pochyłej. Trudne i wielkie to zadanie. Pan prezydent wierzy, że właśnie pan, który cieszy się nie tylko jego, lecz całego społeczeństwa zaufaniem, skutecznie temu podoła. Że wysoki autorytet, wiedza i doświadczenie jakie są udziałem pana prezesa, dadzą pełnię rękojmi, iż stworzy pan rząd silnej ręki, że podźwignie pan pomyślność kraju, który z takim utęsknieniem oczekuje silnego człowieka”.

 

Pan OTA PAVEL

Jak tata przemierzał Afrykę - Ota Pavel

Nie oglądam telewizji, nawet nie wiem, kiedy moi chłopcy ją włączają. Nie potrzebuję jej, tak jak nie potrzebowali jej ludzie przed stu laty. Boję się, żebym się od niej nie uzależnił, nie chcę, żeby mi dyktowała i zabierała czas: kocham swoją wolność i lubię wybierać.

 

***

 

Ciepło i pogoda ducha jakie wypływa z każdego zdania w opowiadaniach autora ŚMIERCI PIĘKNYCH SAREN spokojnie może być stawiane za wzorowy przykład optymizmu życiowego. I dobrze, że tak jest. Że można zauważyć dokładnie te cechy w jego półbaśniowych opowieściach, gdzie świat prawdziwy i wspomnienia mieszają się z tym co być mogło i tym, co zdarzyć się nie miało prawa.

 

Jedyny cień, jaki pojawia się w tych historiach, to pamięć - że jego pisanie to terapia. Możliwość utrzymania się w stanie życia, linia obrony przed światem, który przerósł człowieka, stłamsił go i odebrał prawo do istnienia na równi z innymi.

 

Może dlatego Ota był w stanie zauważyć rzeczy, na które po prostu nie mamy już czasu. Dobrze, że zapisał to dla nas.

 

 

Zbieram stare przedmioty. Mam ich kilka. Po starych przedmiotach widzę jak ludzie dawniej pracowali, jak poważnie traktowali to, co robią, i jaką wielką i szczerą musieli mieć duszę.

 

***

 

Była piękna jesień, taka jesień, kiedy jabłka mają barwę złota, a śliwki niebieskiego srebra, i jest tak ciepło, że na szyi możecie sobie zawiązać babie lato zamiast chustki. I jeszcze zrobić supeł.

 

 

Stulecie detektywów

Stulecie detektywów - Wanda Kragen, Karol Bunsch, Jürgen Thorwald

Z pewnym niepokojem muszę przyznać się do połknięcia 700 stron w stosunkowo krótkim czasie. Moje zażenowanie jest tym większe, że czasem na lekturę dysponowałem przeważnie w porach posiłków.

 

Przedmiotem rozważań autora jest bowiem - oprócz krótkich rozdziałów o historii balistyki i identyfikacji (linie papilarne nie były wcale pierwsze) - głównie medycyna sądowa i toksykologia. A co za tym idzie przy niemal powieściowej narracji śledzimy zmagania morderców i zbrodniarzy z wymiarem sprawiedliwości, który uczy się korzystać z wiedzy i nauki. Podglądamy wymyślne i okrutne metody zbrodni, uczymy się rozpoznawać czas i przyczynę śmierć na podstawi stanu nieboszczyków, ekshumujemy zwłoki i wyodrębniamy z martwego organizmu truciznę.

 

A w moim przypadku prawie wszystko przy jedzeniu. Brrrrrr......

Ale nic nie mogłem poradzić. Książka napisana jest świetnie, zrozumiale, dokładnie i przystępnie. Można powiedzieć, że popularnonaukowo. Podejrzewałem, że autor musiał korzystać ze stada pomocników, ale pod ostatnim zdaniem widnieje data 1965 rok. Wielki szacunek. Jeszcze jeden dowód, że internet i dostęp do kolorowych zdjęć nie gwarantuje sukcesu wydawniczego. Ciężka praca i talent – owszem.

 

Geny Elfów

Córka rzeźbiarza - Tove Jansson

- Ja to wszystko czułam i widziałam kiedy byłam dzieckiem. Tylko zapomniałam. Całkiem zapomniałam. A ona pamiętała i potrafiła opisać tak dokładnie!

 

Nieczęsto można trafić na tak emocjonalną recenzję i zachętę do lektury. Jak więc czują i myślą małe dziewczynki? Odważyłem się sprawdzić.

 

Dziecięcy świat malowany słowem w literaturze to zwykle przymrużenie oka i wspominki fanaberii, popisów i nieokiełznanej potrzeby ruchu – jakie przejawiają bardzo młodzi ludzie.

 

W tej książce spotykamy coś innego. Świat dziecka jest śmiertelnie poważny (czy taki właśnie nie jest?). I nie ma tu znaczenia, że jego problemy, realia i zasady są zupełnie innego kalibru niż w świecie dorosłych. Mamy do czynienia z rzeczą niezwykłą. To nie dziecięce fantazje, ani świat równoległy. Mama Muminków pisze o sobie, o swojej rodzinie i swoim dzieciństwie.

 

Najciekawsze jest to, że nie zapomniała niczego z bycia dzieckiem. Absolutnie niczego! Czy to umiejętność przekazana w genach? I co to za niesamowita rodzina, która tak pięknie dała dziecku rozkwitać. A na dodatek znalazła sposób na zachowanie tego rozkwitniętego kwiatu, tej umiejętności, na całą jego dorosłość. Czyżby krew Elfów?

 

Camus nad Wisłą

Dzień oszusta. Ukryty w słońcu - Ireneusz Iredyński Manipulacja - Ireneusz Iredyński

Pierwsze skojarzenie powędrowało do Alberta Camus'a i jego OBCEGO. Tylko nasi bohaterowie osadzeni są w zgrzebności wczesnego PRL.

 

DZIEŃ OSZUSTA I UKRYTY W SŁOŃCU maja w sobie ogromny ciężar gatunkowy. Takie pisarstwo to waga ciężka. Najcięższa. To ring z walką o mistrzostwo poważnej federacji. MANIPULACJA odstaje od nich. Tchnie nieco sztucznością. Ale nie jest zła. Na pewno. Wrażenie może wywoływać doskonałość dwóch pierwszych historii.

 

Przerażająca treść podawana z mistrzowską lekkością słowa. Rzecz odpychająca, od której nie można się jednocześnie oderwać. Historie, które rozwijają się do finału jasnego dopiero w ostatnich akapitach. Rozważania o rzeczach i sprawach ważnych, najważniejszych - w połączeniu z prymitywizmem bohaterów. A wszystko opisane językiem celnym i bogatym.

Tak pisać to dar.

Tak dobrać temat – najtrudniejsze wyzwanie.

Niepokojące, przerażające i zachwycające.

Połączenie niemożliwego – język i pisarstwo najwyższych lotów z tematem dna.

 

Czy te historie byłyby tak niezwykłe i porywające, gdyby pisać o bardziej człowieczych i codziennych sprawach? Trudno powiedzieć. Na pewno nic do dziś nie straciły ze swojej siły i nadal wywołują ogromne emocje.

 

Bajki?

Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa - Clive Staples Lewis

Spodziewałem się bajki dla dzieci. Może nieco bardziej intelektualnej. Znalazłem coś innego. Zupełnie.

 

Trochę głupio musiałem wyglądać siedząc w pociągu relacji Wrocław – Kudowa z bogato ilustrowanym tomem OPOWIEŚCI Z NARNII. Na prawo jechali dziadkowie z wnuczkiem, żywo komentując mijany świat za oknem. Naprzeciwko mnie - o co najmniej "naście" lat starsza pani patrzyła w ekran elektronicznego czytnika. Ale i tak nie mogłem się powstrzymać.

 

Motywacja do powstania Opowieści była ściśle religijna. Szczerze i prosto wygląda to w LWIE CZAROWNICY I STAREJ SZAFIE. Za to dalej...

Chrześcijaństwo Lewisa w tych opowiadaniach dla dzieci nie ma prostego przełożenia na religijne schematy. Jest dotknięciem człowieka zaskoczonego wiarą i jej jasnym, logicznym pojmowaniem głową. Jest w niej obraz osoby doświadczonej żywą obecnością działającego Boga.

 

Ciekawe. Żeby podzielić się swoją drogą na mistyczną Górę Karmel wystarczyło napisać bajkę.

 

Infernum TV

Kwas siarkowy - Amélie Nothomb

I pomyśleć, że siedzą bezwolnie przed telewizorami, rozkoszując się naszym piekłem i jak nic udając, że są nim oburzeni. To oczywiste, że nie znajdzie się nikt, kto by nam pospieszył z konkretną pomocą, nie żądam aż tyle; ale dam sobie rękę uciąć, że nie znajdzie się nikt, kto wyłączy telewizor, albo zmieni program.

 

Szczęśliwie kilka lat temu udało mi się pozbyć wreszcie z domu gadającego pudła. Zyskałem czas na książki, przyjaciół, wspólne z nimi aktywności. Dziwnym trafem ogromna większość z nich również nie posiada odbiorników TV.

 

Z perspektywy czasu widzę, że najbardziej dokuczała mi jednokanałowość tych urządzeń. Tylko nadają. A ja mogę tylko przyjmować. Zapamiętać nie zdołam. Nie mam też „problemu” sprawdzania – jak podczas czytania lub rozmowy – czy zrozumiałem co do mnie mówią.

 

Nie wiem czym telewizja zasłużyła sobie w oczach pani AN na tak głęboką pogardę. Może wystarczyło rozumne spojrzenie na treść audycji, a może przymusowy podatek dla wszystkich na utrzymywanie potwora przy życiu. W każdym razie nasza niechęć jest wspólna.

 

Ale do rzeczy. Bohaterowie książki to uczestnicy Big Brother'a w wersji hard. Trafili do programu z ulicznej łapanki. Mieszkają w barakach otoczonymi drutami kolczastymi, pilnowani przez uzbrojonych i sadystycznych strażników. Wykonują bezsensowne, wyczerpujące prace, są głodzeni i uśmiercani. A wszystko podglądane „na żywo” w czasie rzeczywistym, przy rekordowej oglądalności.

 

Dom z papieru

Dom z papieru - Andrzej Sobol-Jurczykowski, Carlos María Domínguez

niech pan spróbuje oświetlić świecami jakiś obraz olejny, a dostrzeże pan, że zyskuje on wówczas całkowicie inny wygląd niż zazwyczaj. To nowy obraz, cienie nabierają życia i można powiedzieć, że nie ma zasadniczej różnicy między światłem, jakie rodzi się z pigmentów i oleju, a pokojem, w którym się znajduje. Przestrzenie wydłużają się i wchodzi pan w inny wymiar. Coś podobnego dzieje się z pewnymi książkami, gdyż stronica też jest wspaniałym rysunkiem. Grą linii i niewielkich figur, które płyną od samogłoski do spółgłoski, powodowane własnym rytmem i kompozycją, i nigdy nie jest bez znaczenia wielkość druku, rodzaj czcionki, rozmiar marginesów, grubość papieru, to, czy paginacja jest z prawej, czy pośrodku - nieskończoność szczegółów, jakie tworzą piękny przedmiot...

 

Maleńka książeczka. Jest w niej akcja. Opowiadana jest historia. Ale to co najistotniejsze to zaczarowany, naprawdę zaczarowany świat ludzi, dla których książki są CAŁYM światem. Z pozoru są podobni do każdego z nas. Jednak ich wzorce postępowania, zasady życia, funkcjonowania, hierarchie wartości są bardzo i zupełnie inne od tych, które znamy.

 

...Bez względu na to, jak nowa jest książka i jak bardzo biały ma papier, światło świec ją patynuje, wydobywając w cudowny sposób wartości i odcienie. A korytarze stają się wprost wspaniałe.

 

Jakie korytarze? - spytałem zaskoczony.

To stara dyskusja. Nikt nie wie z całą pewnością, czy chodzi o talent autora, czy o zalety wydania . Opinie są podzielone. Ale wielu czytelnikom wystarczy spojrzeć na korytarze, żeby wiedzieć, czy książka jest dobra i czy zasługuje na przeczytanie.

 

(… ) podszedł do biblioteki, wyjął stare wydanie Eugenii Grandet i włożył mi do ręki. Poprosił, żebym je otworzył i poszukał na dowolnej stronie pionowych czy skośnych korytarzy utworzonych przez odstępy między wyrazami. Rzeczywiście odkryłem długie korytarze, które przedłużały się z linijki na linijkę, przekraczały akapity, czasem znikały i podejmowały drogę ukośnie, od prawej do lewej, od lewej do prawej, albo spadały pionowo w dół.

 

Pisarz, który nie wyczuwa rytmu frazy nie potrafi tego osiągnąć. Jeżeli kaleczy język umieszczając w jednym zdaniu dwa czy trzy wyrazy dłuższe niż czterosylabowe, z konieczności przerywa korytarz i, oczywiście również zaburza rytm.

 

(…) Nieudolne wydanie, które operuje zbyt małą lub zbyt dużą czcionką, także zniekształca te figury, którymi oko sekretnie się cieszy.

 

Wyjątkowość tej pozycji bardzo ściśle łączy się z jej wyglądem. Trzymamy w ręku perełkę. Twarda oprawa. Dodatkowa obwoluta. Zszyte karty z tasiemką jako zakładką. Format tomików poezji. „Ciepły” kremowy papier. Układ graficzny pełen światła i dużych marginesów. Do tego czytelna czcionka w brązach korespondujących z papierem. Gdyby była wydana inaczej – jej treść miałaby znacznie utrudnione dotarcie do czytelnika. A przekaz dotyczyłby nie wiadomo czego.

 

PS

Ponieważ w historii duże znaczenie ma SMUGA CIENIA Josepha Conrada, nie odmówiłem sobie tej przyjemności i odświeżyłem naszą znajomość :)

 

Pisarz by tego nie wymyślił

Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości - Jerzy Czech, Swietłana Aleksijewicz

Los to historia jednego człowieka, historia to życie nas wszystkich. Chcę opowiedzieć historię w taki sposób, żeby nie stracić z oczu losu pojedynczego człowieka. Los bowiem sięga dalej niż jakakolwiek idea.

 

Jak autorka sama napisała – kiedy wszyscy pisali o Czernobylu, ona nie chciała pisać kolejnego horroru z elektrownią w roli głównej. Książka powstała 10 lat później. Składa się z pojedynczych historii, świadectw – pełnych emocji, uczuć, refleksji. To bardziej przejmujący obraz niż jakikolwiek horror radioaktywny. Za to efekt grozy daje milczenie pani Swietłany. Bohaterowie mówią w jej obecności, zwracają się do niej, ale ona sama milczy. Tylko słucha.

 

Historie są naprawdę różnorodne i – choć trudno to sobie wyobrazić - napięcie rośnie do samego końca i finału, który zwala z nóg.

 

W pewnym miejscu autorka spotyka się z ludźmi, którzy osiedlają się w skażonej strefie uciekając przed wojną. Ten fragment polecam wszystkim krzykaczom broniącym kraju przed uchodźcami.

 

 

 

Pamiętam tylko, że tam pojechałem, a więcej nic. Wszystko zapomniałem. Na trzeci rok po wyjściu do cywila coś mi się stało z pamięcią... Nawet lekarze nie wiedzą co... Nie mogę przeliczyć pieniędzy – mylę się. Tułam się po szpitalach.

 

***

 

Zwierzęta mieszkały w domach, szkołach, w klubach, gdzie wisiały plakaty:”Naszym celem szczęście całej ludzkości”, „Światowy proletariat zwycięży”, „Idee Lenina wiecznie żywe”. A w biurach kołchozowych czerwone sztandary, nowiutkie proporce, sterty dyplomów z wytłoczonymi na okładce profilami przywódców, na biurkach gipsowe popiersia. Wszędzie wojenne pomniki Armii Czerwonej. Innych nie spotkałem. Naprędce sklecone chałupy, szare betonowe obory, zardzewiałe zbiorniki na siano (…)

 

I to jest nasze życie? - pytałem sam siebie po obejrzeniu wszystkiego innymi oczami – Czy my tak żyjemy?

 

***

 

Wróciliśmy do domu. Wszystko z siebie zdjąłem, całe ubranie, które tam na sobie miałem i wyrzuciłem do zsypu. A furażerkę podarowałem małemu synkowi. Bardzo prosił. Potem nie chciał jej zdejmować. Po dwóch latach postawili mu diagnozę. Rak mózgu. Teraz może pani sama dokończyć. Nie chcę o tym mówić.

 

***

 

Mechanizm zła będzie zawsze działał i podczas apokalipsy. Zrozumiałem to. Ludzie tak samo będą plotkować, schlebiać przełożonym, ratować telewizor i futro z karakułów. Nawet gdyby nastąpił koniec świata, człowiek pozostanie taki, jaki jest teraz. Zawsze.