Cygan

W pewnym wieku nie po to człowiek bierze książkę do ręki, żeby się denerwować.
(Jerzy Pilch - Dziennik)

Dom z papieru

Dom z papieru - Andrzej Sobol-Jurczykowski, Carlos María Domínguez

niech pan spróbuje oświetlić świecami jakiś obraz olejny, a dostrzeże pan, że zyskuje on wówczas całkowicie inny wygląd niż zazwyczaj. To nowy obraz, cienie nabierają życia i można powiedzieć, że nie ma zasadniczej różnicy między światłem, jakie rodzi się z pigmentów i oleju, a pokojem, w którym się znajduje. Przestrzenie wydłużają się i wchodzi pan w inny wymiar. Coś podobnego dzieje się z pewnymi książkami, gdyż stronica też jest wspaniałym rysunkiem. Grą linii i niewielkich figur, które płyną od samogłoski do spółgłoski, powodowane własnym rytmem i kompozycją, i nigdy nie jest bez znaczenia wielkość druku, rodzaj czcionki, rozmiar marginesów, grubość papieru, to, czy paginacja jest z prawej, czy pośrodku - nieskończoność szczegółów, jakie tworzą piękny przedmiot...

 

Maleńka książeczka. Jest w niej akcja. Opowiadana jest historia. Ale to co najistotniejsze to zaczarowany, naprawdę zaczarowany świat ludzi, dla których książki są CAŁYM światem. Z pozoru są podobni do każdego z nas. Jednak ich wzorce postępowania, zasady życia, funkcjonowania, hierarchie wartości są bardzo i zupełnie inne od tych, które znamy.

 

...Bez względu na to, jak nowa jest książka i jak bardzo biały ma papier, światło świec ją patynuje, wydobywając w cudowny sposób wartości i odcienie. A korytarze stają się wprost wspaniałe.

 

Jakie korytarze? - spytałem zaskoczony.

To stara dyskusja. Nikt nie wie z całą pewnością, czy chodzi o talent autora, czy o zalety wydania . Opinie są podzielone. Ale wielu czytelnikom wystarczy spojrzeć na korytarze, żeby wiedzieć, czy książka jest dobra i czy zasługuje na przeczytanie.

 

(… ) podszedł do biblioteki, wyjął stare wydanie Eugenii Grandet i włożył mi do ręki. Poprosił, żebym je otworzył i poszukał na dowolnej stronie pionowych czy skośnych korytarzy utworzonych przez odstępy między wyrazami. Rzeczywiście odkryłem długie korytarze, które przedłużały się z linijki na linijkę, przekraczały akapity, czasem znikały i podejmowały drogę ukośnie, od prawej do lewej, od lewej do prawej, albo spadały pionowo w dół.

 

Pisarz, który nie wyczuwa rytmu frazy nie potrafi tego osiągnąć. Jeżeli kaleczy język umieszczając w jednym zdaniu dwa czy trzy wyrazy dłuższe niż czterosylabowe, z konieczności przerywa korytarz i, oczywiście również zaburza rytm.

 

(…) Nieudolne wydanie, które operuje zbyt małą lub zbyt dużą czcionką, także zniekształca te figury, którymi oko sekretnie się cieszy.

 

Wyjątkowość tej pozycji bardzo ściśle łączy się z jej wyglądem. Trzymamy w ręku perełkę. Twarda oprawa. Dodatkowa obwoluta. Zszyte karty z tasiemką jako zakładką. Format tomików poezji. „Ciepły” kremowy papier. Układ graficzny pełen światła i dużych marginesów. Do tego czytelna czcionka w brązach korespondujących z papierem. Gdyby była wydana inaczej – jej treść miałaby znacznie utrudnione dotarcie do czytelnika. A przekaz dotyczyłby nie wiadomo czego.

 

PS

Ponieważ w historii duże znaczenie ma SMUGA CIENIA Josepha Conrada, nie odmówiłem sobie tej przyjemności i odświeżyłem naszą znajomość :)

 

Pisarz by tego nie wymyślił

Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości - Jerzy Czech, Swietłana Aleksijewicz

Los to historia jednego człowieka, historia to życie nas wszystkich. Chcę opowiedzieć historię w taki sposób, żeby nie stracić z oczu losu pojedynczego człowieka. Los bowiem sięga dalej niż jakakolwiek idea.

 

Jak autorka sama napisała – kiedy wszyscy pisali o Czernobylu, ona nie chciała pisać kolejnego horroru z elektrownią w roli głównej. Książka powstała 10 lat później. Składa się z pojedynczych historii, świadectw – pełnych emocji, uczuć, refleksji. To bardziej przejmujący obraz niż jakikolwiek horror radioaktywny. Za to efekt grozy daje milczenie pani Swietłany. Bohaterowie mówią w jej obecności, zwracają się do niej, ale ona sama milczy. Tylko słucha.

 

Historie są naprawdę różnorodne i – choć trudno to sobie wyobrazić - napięcie rośnie do samego końca i finału, który zwala z nóg.

 

W pewnym miejscu autorka spotyka się z ludźmi, którzy osiedlają się w skażonej strefie uciekając przed wojną. Ten fragment polecam wszystkim krzykaczom broniącym kraju przed uchodźcami.

 

 

 

Pamiętam tylko, że tam pojechałem, a więcej nic. Wszystko zapomniałem. Na trzeci rok po wyjściu do cywila coś mi się stało z pamięcią... Nawet lekarze nie wiedzą co... Nie mogę przeliczyć pieniędzy – mylę się. Tułam się po szpitalach.

 

***

 

Zwierzęta mieszkały w domach, szkołach, w klubach, gdzie wisiały plakaty:”Naszym celem szczęście całej ludzkości”, „Światowy proletariat zwycięży”, „Idee Lenina wiecznie żywe”. A w biurach kołchozowych czerwone sztandary, nowiutkie proporce, sterty dyplomów z wytłoczonymi na okładce profilami przywódców, na biurkach gipsowe popiersia. Wszędzie wojenne pomniki Armii Czerwonej. Innych nie spotkałem. Naprędce sklecone chałupy, szare betonowe obory, zardzewiałe zbiorniki na siano (…)

 

I to jest nasze życie? - pytałem sam siebie po obejrzeniu wszystkiego innymi oczami – Czy my tak żyjemy?

 

***

 

Wróciliśmy do domu. Wszystko z siebie zdjąłem, całe ubranie, które tam na sobie miałem i wyrzuciłem do zsypu. A furażerkę podarowałem małemu synkowi. Bardzo prosił. Potem nie chciał jej zdejmować. Po dwóch latach postawili mu diagnozę. Rak mózgu. Teraz może pani sama dokończyć. Nie chcę o tym mówić.

 

***

 

Mechanizm zła będzie zawsze działał i podczas apokalipsy. Zrozumiałem to. Ludzie tak samo będą plotkować, schlebiać przełożonym, ratować telewizor i futro z karakułów. Nawet gdyby nastąpił koniec świata, człowiek pozostanie taki, jaki jest teraz. Zawsze.

 

Szeroko otwarte oczy

Opowieści galicyjskie - Andrzej Stasiuk

Pierwszy raz może odrzucić lub zachwycić. Związać na długo, przekonać i zachęcić. Albo przeciwnie. Spowodować, że odsunie się człowieka, pomysł, zajęcie w kąt. I nie będzie do niego wracać.

 

Nie czytałem jeszcze Stasiuka. Do teraz. Zgrzebna, skrzecząca rzeczywistość zapadłego końca świata u tego autora nabrała cech bogatych w zaskakujące, celne i piękne porównania, opisów błyszczących wyjątkowym zmysłem obserwacji, kolorów wprost z palety wrażliwego impresjonisty. A wreszcie dźwięków pełnych nie tylko półnut, ale kogoś o słuchu wybitnym – który słyszy także ćwierćnuty, a nawet ósemki.

 

Im dalej w tekst, tym lepiej. Historia toczy się w zakątku zapomnianym przez Boga i ludzi. Autor zapętla ją coraz bardziej i postaci pojawiające się gdzieś w tle, w kolejnych rozdziałach stają się głównymi bohaterami. Wszystko w końcu staje się jedną pełną opowieścią. Piękną w drobiazgach, szczegółach i budzącą podziw i oczarowanie po przeczytaniu ostatnich zdań.

 

Nie trzeba – jak widać – jechać na koniec świata, żeby barwnym językiem opisać nieznane barwy, wzory i wydarzenia. Wystarczy szeroko otworzyć oczy.

 

Po co spać

Kosmetyka wroga - Amélie Nothomb

Przerzucenie stosiku książek na szafce nocnej zatrzymało mi w ręce maleńki tomik pani Nothomb.

 

Opóźniony samolot, przymusowe oczekiwanie na lotnisku i natręt zakłócający bohaterowi lekturę książki. Od pierwszych słów jest jasne, że trafił mu się człowiek psychicznie skrzywiony, nierównoważony i aspołeczny. Podziwiamy wyjątkową cierpliwość i poprawność zachowania bohatera, bo na jego miejscu rozwiązalibyśmy problem po staropolsku – szybkim „w modę” i „z laczka”. Byłoby „po kłopocie”. Oni jednak rozmawiają. I jest coraz bardziej przerażająco. To nie tylko psychol. To gwałciciel. A wreszcie także morderca. Za chwilę okazuje się, że właśnie oni muszą ze sobą rozmawiać.

 

Niby mogłem odłożyć książkę i skończyć ją następnego dnia. Ale potrzeba snu z każdą kolejną stroną traciła swoją pozycję w hierarchii życiowych potrzeb.

 

Twierdza

Zamek - Franz Kafka

W swoich felietonach z lat 50. Stanisław Lem napomknął o twórczości Kafki jako o ciekawostce, która z klasyczną literaturą nie ma wiele wspólnego. Ot, nowinka taka.

 

Raczej konsekwentnie próbuję sygnalizować emocje, które powstają we mnie podczas lektury kolejnych tytułów. I nie silę się na recenzje z prawdziwego zdarzenia.

 

Wolę lekturę, której autor miał jakąś myśl przewodnią do przekazania od tej, która jest obrazem wnętrza autora. Fakt, że im bardziej pogmatwane to wnętrze, tym ciekawsze rzeczy powstają. Zamek nie nastraja optymizmem. Jest ewidentnie brudnoszarym majakiem sennym z logiką lekko koszmarnego snu, z którego każdy raczej próbowałby się obudzić.

 

Jeśli nawet Kafka próbował się przez swoje pisanie wyrwać z tego, co go dusiło - nie udało mu się. Za to dusi teraz także mnie. Może kiedy spotkam bliżej Listy do Mileny, będę mógł powiedzieć o autorze coś ciepłego.

 

Postrzyżyny

Postrzyżyny - Bohumil Hrabal

Hrabal jest wirtuozem słowa. Jeśli napiszę, że wszystko zamienia w poezję - to może się okazać, że zniechęcę tych, którzy poezji nie czytają lub nie rozumieją. Żeby wyjaśnić/ zrozumieć o co chodzi, wystarczy osobiście przeczytać opis świniobicia zawarty zaraz na pierwszych stronach krótkiej powieści.

 

W książce główne skrzypce gra trójka oryginałów z małego miasteczka: Maria o wspaniałych, nieprawdopodobnych włosach, która opowiada całą historię - jej mąż oraz zwariowany stryj Pepin. I chociaż w małym miasteczku zwykle niewiele może się zdarzyć, Hrabal opowiada ich losy językiem karkołomnym, pięknym, bogatym i przede wszystkim żywym. I ten język powoduje taki efekt, że jesteśmy równocześnie w powieści przygodowej, humoresce i romansie.

 

Przepraszam – w literaturze pięknej.

 

Cztery zmierzchy

Cztery zmierzchy - Mika Waltari

...często w nocy zdawało mi się, jakbym wszystkie książki, które w swym życiu przeczytałem kładły się na mojej piersi i nie pozwalały oddychać

 

Kiedy znany i ceniony pisarz tworzy historię o sobie samym, można spodziewać się humorystycznego spojrzenia na siebie, publicznej spowiedzi, bardziej lub mniej podkręconego peanu na swoją cześć.

 

...w tym szczerym opowiadaniu usiłowałem jednak przedstawić rzeczywistość, bo moim zdaniem pisanie nie rekompensuje trudów, jeśli nie będzie się człowiek starał powiedzieć prawdę

 

 

Na szczęście u wielu ludzi przekraczanie wieku średniego i zbliżanie się do jego górnych stref wiąże się ze wzrostem cierpliwości, łagodności, szczerym spojrzeniem na własne wady, błędy, głupotę.

 

coś gorzko we mnie łkało i pragnąłem, by pies był obok i strzegł mego snu, by ktoś choćby obcy, wziął mnie za rękę, abym mógł zasnąć. Ale ludzie niechętnie trzymają dłoń kogoś obcego, choć często i namiętnie się całują. Dlatego sądzę, że ręką można dużo więcej powiedzieć niż ustami...

 

Z przyjemnością przyglądałem się z bliska człowiekowi, którego znałem i domyślałem się przez najpiękniejsze momenty Egipcjanina Sinuhe, Mikaela, Czarnego Anioła, Turmsa nieśmiertelnego.

 

Obraz w ludzkim sercu

Rącze konie - Jędrzej Polak, Cormac McCarthy Przeprawa - Cormac McCarthy Sodoma i Gomora - Cormac McCarthy

Świat można poznać jedynie poprzez jego obraz w ludzkich sercach

 

Przez krótki czas trudno było mi przyzwyczaić się do stylu. Oswajanie trwało długo, bo prawie przez cały pierwszy tom trylogii. Jednak leniwy rytm kroczącego krok za krokiem konia przestaje przeszkadzać z chwilą, kiedy jeździec zaczyna kołysać się harmonijnie i zgodnie z krokiem idącego zwierzęcia.

 

Pierwszy i drugi tom – poza umiejscowieniem na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Meksyku - łączy niewiele. W obu bohaterami są przedwcześnie dorosłe dzieci zmuszone do błyskawicznego odnalezienia się w świecie, który nie ma nic wspólnego z literackim czy religijnym ideałem. W trzecim tomie bohaterowie poznają się i pracują razem. Są nieco starsi, ale to niewiele zmienia w opowiadanej historii. Podobieństwo bohaterów to wewnętrzna prawość, czystość, moralny kompas – którym próbują kierować się za wszelką cenę.

 

Nietrudno przewidzieć jak wypada taka konfrontacja.

Może dlatego cała historia wciąga i wycisza

 

i zanim usnął, powiedział cicho do siebie, że z tego, co trzeba wiedzieć, jedno wie na pewno, a mianowicie to, że nic nie jest pewne. I to nie tylko w czas wojny. W ogóle.

 

PS. Pewną irytację budzą zakupione w Publio ebooki. Oprócz niechlujnej korekty największy zarzut to brak myślników lub dziwne znaczki w ich miejsce. A książki roją się od dialogów. Na plus książki wypada chyba jeszcze to, że czytałem do końca i z zaciekawieniem tak źle przygotowane teksty.

 

 

Same plusy

Narrenturm (audiobook CD) (Polska wersja jezykowa) - Andrzej Sapkowski Boży bojownicy - Andrzej Sapkowski Lux perpetua - Andrzej Sapkowski

Chwała tym, którzy stworzyli we Wrocławiu Mediatekę i pozwalają wypożyczać takie wspaniałości jak Trylogię Husycką Sapkowskiego.

 

 

Plus pierwszy.

Nagranie tej książki jest sprawą wybitną. A to z racji jakości, kompletności, dbałości o szczegóły, aktorstwa lektorów i dogranych dźwięków, które tworzą tło i nastrój całości. Tego audiobooka się nie słucha, w niego się wpada - bo to teatr radiowy na wysokim poziomie.

 

Plus drugi

Wrażenie z treści Trylogii było lepsze niż przy Wiedźminie. Poruszałem się po rodzinnych rejonach Dolnego Śląska. Mogłem bez trudu wyobrazić sobie znajome miejsca razem ze szczegółami, które istnieją od czasów opisywanych w powieści. Mówiąc krótko - byłem u siebie, ale zwiedzałem je z całkiem nowej strony.

 

Plus trzeci

Historia to zbiór faktów lub interpretacja tych faktów przez historyka czy kronikarza. Ta opowieść pełna jest emocji. Skoro wtedy wierzono w wiedźmy, smoki i czary – to dlaczego nie włączyć ich w powieść? Skoro dla bohaterów były jak najbardziej realne – mają prawo zaistnieć w przedstawionym świecie.

 

Plus czwarty

Oglądając niedawno AVE CEZAR dusiłem się ze śmiechu, jednocześnie nie mogąc zrozumieć, czemu większość widzów siedzi poważna. Gra braci Coen

z widzem w skojarzenia i aluzje stała na bardzo wysokim poziomie. To samo robi Sapkowski. Bawi się z czytelnikiem i jest w tym dobry. A nawet bardzo dobry. W różnych, niespodziewanych momentach trafia się na dygresje, mrugnięcia okiem, zabawa językiem. Są też aluzje do klasyki literatury – na dodatek przywoływane w okolicznościach niby pasujących do pierwowzoru, ale wywrócone do góry nogami lub przedstawione w krzywym zwierciadle.

 

 

Kto nie czytał – niech sięgnie po książkę.

Kto czytał – niech sięgnie po audiobooka.

Nikt nie będzie żałował.

 

Błazen?

Batman Apollo - Wiktor Pielewin

Zachodni styl życia wymaga od człowieka potwornej ilości zabawy. Każdego dnia, w każdej sekundzie. Kultura zachodnia opiera się na jednym tajnym aksjomacie - że życie upływające w atrakcyjnych wizualnie formach, już przez to samo jest do zaakceptowania. 

 

Pielewin przyzwyczaił mnie do ogromnej świeżości w każdej swojej książce. To pierwszy przypadek, kiedy książka jest kontynuacją wcześniejszej pozycji. Temat, pomysł i forma BATMANA APOLLO to dalszy ciąg EMPIRE V. To nie wada, choć cała otoczka pozostała ta sama. To co najważniejsze i tak rozgrywa się na drugim planie.

 

Bo akcja to pretekst do zaglądania w mało popularne miejsca, gdzie powinien znajdować się rozum, sumienie i takie tam podobne do nich.

 

Idąc za tokiem myśli autora niewiele tu optymizmu. Czy świat jest tak beznadziejny? Nie, ale to, co sami sobie ustaliliśmy jako normy i zwyczajowe wzorce stawia przed nami mało optymistyczną alternatywę. Albo jestem bezmyślnym konsumentem, albo błaznem. Pielewin wybiera bycie błaznem. Ale bliżej mu do Stańczyka, który o najpoważniejszych sprawach mówi tak, że można uśmiechać się, czy wręcz śmiać. Ale serce pozostaje smutne.

 

Zgromadzone tu sprzęty dzieliły od siebie tak wielkie przestrzenie, że sala robiła wrażenie prawie pustej. I z tego samego powodu - niesamowicie zbytkownej; wszak o sukcesie w naszych czasach świadczą nie tyle zgromadzone w ludzkiej siedzibie obiekty materialne, ile odległości między nimi.

 

O sztuce miłości

O Sztuce Milosci (Polska wersja jezykowa) - Erich Fromm

Znowu książka, po którą sięgnąłem po wielu latach przerwy. Doskonale oparła się czasowi, a nawet pokazała dzisiaj znacznie bogatszą treść i zawartość.

 

Piękny wykład – całościowy, kompletny, logiczny – sięgający po wszystkie aspekty tematu. Praktyka sztuki miłości jest tu jak nauka kontemplacji modlitewnej pod okiem cierpliwego nauczyciela. Do tego język, który skupia się na przedmiocie rozmowy, a nie nadskakuje czytelnikowi i nie przymila do niego za wszelką cenę.

 

Krok za krokiem spacerowałem po agorze obok mistrza, który spokojnym głosem opisywał cały poukładany świat, całą przestrzeń określaną w ludzkim języku miłością.

 

Przyjemnej lektury

K jak kosmos - Ray Bradbury

Niedawno podczas dyskusji na temat muzyki popularnej okazało się nagle, że jeden z trzech rozmówców co prawda słyszał gdzieś nazwę PINK FLOYD, ale o płycie i filmie THE WALL – już nie.

I za bardzo nie było jak dalej rozmawiać nie tylko o muzyce, ale również o możliwościach interpretacji całego przekazu filmu/ płyty (osobistego, psychologicznego, społecznego itd.).

 

To uprzytomniło mi, że moje „podniecanie” się leciwą fantastyką naukową Raya Bradburego może nie mieć uzasadnienia bez drobnej pomocy w formie instrukcji czy porady. Styl Bradburego ma bardzo charakterystyczny klimat. Niepokojący, dziwny, wyłamujący się z bezpiecznych i znajomych schematów. I mimo upływu lat tak dobry, że warto do jego książek i opowiadań wracać również dzisiaj.

 

Natomiast nie ma sensu zatrzymywać się nad jego pisarstwem, jeśli wcześniej nie udało się zetknąć z amerykańską klasyką w osobie Edgara Alana Poe – i chociaż trochę nią zachwycić. Bo mamy tu i nawiązania całkowicie bezpośrednie do twórczości EAP; mamy (jak tam) opowieści grozy; mamy wreszcie nastrój niepokoju – który błyskawicznie daje się poznać jako znak firmowy RB.

 

Coś jeszcze? Tylko przyjemnej lektury.

 

Wypadek przy pracy

Słownik imion własnych - Amélie Nothomb

Świetnie się stało, doskonale wręcz – że na SŁOWNIK trafiłem dopiero teraz, po lekturze dużej liczby książek pani Amelii. Bo najwyraźniej tym razem coś nie wyszło. Niby mamy - jak u Hitchcock'a – trzęsienie ziemi na samym początku, po czym napięcie zaczyna wzrastać i.... doprowadza do końca, który...

No cóż...

 

Może wydawca nie mógł już czekać dłużej?

Może ktoś dokończył książkę za nią?

Ot – zdecydowanie wypadek przy pracy.

 

ŚWIAT WEDŁUG PIELEWINA

Empire V - Wiktor Pielewin

- Czyż normalny człowiek wierzy w to co piszą w gazetach?

- A gdzieś ty widział normalnych ludzi? Zostało ich w kraju co najwyżej ze stu, i wszystkich ma na oku FSB. Sprawa nie jest taka prosta. Z jednej strony, czas nie ma ani pulsu ani nóg. Ale, z drugiej strony, wszyscy starają się trzymać rękę na pulsie czasu i dotrzymywać mu kroku, toteż korporacyjny model świata ciągle się odnawia. W rezultacie ludzie zapuszczają śmieszne bródki i wkładają jedwabne krawaty, żeby ich nie wywalono z firmy, a wampiry są zmuszone uczestniczyć w tym procesie, żeby nie wyróżniać się z otoczenia.

 

 

W otoczeniu mediów, które używają przymiotników w stopniu najwyższym w reklamach środków na przebieranie nogami podczas snu – ciężko przekonująco wyrazić autentyczny zachwyt nad pomysłem autora. Bo co nowego można powiedzieć w temacie wampirów? Okazuje się, że można. O wampirach – królach kultury popularnej i autentycznych władcach świata. A pomysł – przy wartkiej akcji osadzonej mocno w dzisiejszych realiach – na dodatek jest po mistrzowsku zrealizowany w świetnych grach słownych.

 

- Wciskanie kitu, bezmyślne i bezwzględne, to powszechna rosyjska choroba, którą zarażają się również wampiry. Wypływa to nie z podłości naszego charakteru narodowego, ale z połączenia europejskiego wyrafinowania i azjatyckiego bezprawia stanowiącego sedno naszego życia. Wciskając kit, Rosjanin wcale nie chce pokazać, że jest lepszy od tych, przed którymi wytańcowuje. Wręcz przeciwnie. Krzyczy: „Patrzcie, jestem taki sam jak wy, ja też zasługuję na szczęście, nie chcę żebyście mną gardzili, dlatego że życie było dla mnie tak okrutne!".

 

***

- Przecież obaj jesteśmy ludźmi inteligentnymi. A więc, wziąwszy się za ręce wszyscy razem, na śmierć zaliżemy w dupę każdą dyktaturę. Oczywiście, jeżeli wcześniej nie zdechniemy z głodu.

Specjalista od kultury młodzieżowej dodał cicho:

- Zaliżemy każdą prócz anonimowej.

 

 

Razem z głównym bohaterem wkraczamy w nowe środowisko krok po kroku. Uczymy się razem z nim. To najjaśniejsze momenty inteligentnej gry z czytelnikiem - przejście skróconego kursu ludzkiej historii i kultury współczesnej. Sama przyjemność wzięcia udziału w kursie glamouru i dyskursu warta jest przeczytania całej książki.

 

 

- Dokładnie to samo, co nam dzisiaj zademonstrowałeś w czasie swego przemówienia - odparł.-Wasze pokolenie nie zna już klasycznych kodów kulturowych. Nastąpiła epoka cytatów z kultury masowej, to jest przedmiotem cytowania stają się poprzednie zapożyczenia i cytaty, które zostały oderwane od pierwotnego źródła i wyświechtane do absolutnej anonimowości. Jest to najbardziej adekwatna kulturowa projekcja reżymu anonimowej dyktatury - a jednocześnie najbardziej efektywny wkład chaldejskiej kultury w stworzenie Czarnego Szumu.

- Czarny szum? - powtórzyłem. - A to co znowu?

- Czarny Szum - to suma wszystkich odmian dyskursu, Innymi słowy, jest to biały szum, którego wszystkie składniki zostały przemyślane i przepłacone. To spontaniczny i przypadkowy całokształt sygnałów, z których w żadnym nie ma nic przypadkowego i spontanicznego. Tak się nazywa środowisko informacyjne, otaczające współczesnego człowieka,

 

Nie czuję się urażony porównaniem ludzi do bydła hodowlanego wampirów. Na wskroś i na każdym kroku widać jak zabawna, dowcipna i sensacyjna historia jest – jak to u Pielewina – tylko pretekstem to stawiania pytań i raczej smutnych refleksji. Czy jesteśmy jeszcze podmiotem czegokolwiek dobrego i pozytywnego w tym świecie?

 

,,Gdzieś tam śpią dzieci - myślałem – marzą o czymś niby dziecinnym, ale tak naprawdę już wytwarzają bablos, jak dorośli... Wszystkie pracują od niemowlęctwa... Przecież ze mną było to samo, pamiętam, jak... Pamiętam, jak dojrzewa ta jasnoczerwona kropla nadziei. Wydaje nam się, że już za chwilę coś zrozumiemy, dokończymy, rozwiążemy, i wtedy zacznie się inne życie, właściwe i prawdziwe. Ale to nigdy nie następuje, bo czerwona kropla wciąż gdzieś znika. I zaczynamy ją gromadzić od początku. A potem ona znów znika, i tak trwa to przez całe życie, póki się nie zmęczymy. I wtedy pozostaje nam tylko położyć się do łóżka, odwrócić do ściany i umrzeć..."

 

Odrobinę optymizmu daje rozmowa bohatera z profesorem teologii, który najął się na służbę do wampira o tołstojowskim stylu życia. Ale nawet tu cała nadzieja już tylko... w Bogu?

 

- Mam umysł B - to, co wy nazywacie wymieniem pieniężnym - to przestrzeń pojęć abstrakcyjnych. Nie ma ich nigdzie w otaczającym świecie. I Boga też nigdzie na świecie nie ma. Umysł B został stworzony po to, by Bóg miał gdzie się ukazywać człowiekowi. Nasza planeta wcale nie jest więzieniem. To bardzo wielki dom. Magiczny dom. Może gdzieś na dole istotnie jest w nim więzienie, ale w rzeczywistości to pałac Boga. Boga wielokrotnie chciano zabić, rozpowszechniano o Nim różne oszczerstwa (…) Ale to nieprawda. Po prostu nikt nie wie, w których komnatach pałacu Bóg mieszka – stale bowiem je zmienia. Wiadomo tylko, że tam, gdzie wchodzi jest czysto, posprzątane i pali się światło. A są komnaty, w których nie bywa nigdy. I takich jest coraz więcej. Najpierw przeciągi nawiewają tam glamour i dyskurs. A kiedy te wymieszają się i skisną, do zapachu zlatują się nietoperze.

 

- Nie zrozumiał mnie pan - wycofał się z przestrachem Mołdawianin. - Wcale nie zwalam wszystkiego na wampiry. Każda komnata odpowiada sama za siebie. Może zaprosić do siebie Boga. A może i was. Oczywiście, każda komnata z natury chce pierwiastka boskiego. Ale pod wpływem glamouru i dyskursu większość komnat uznała, że cała rzecz polega na wystroju wnętrza, A jeśli komnata w to wierzy, znaczy, że już się w niej osiedliły nietoperze. Do takiej komnaty Bóg raczej nie wejdzie. Ale nie obwiniam wampirów. Wy przecież nie jesteście pałacowymi komnatami. Wy jesteście nietoperzami. Taką macie robotę.

- I co się, według pana, stanie z pałacem?

- Bóg ma ich wiele. Kiedy we wszystkich komnatach jednego pałacu zagnieżdżają się nietoperze,

Bóg go unicestwia. A właściwie przestaje stwarzać, ale to jedno i to samo. Podobno wygląda to jak światło o niesamowitej sile, które spala cały świat. W rzeczywistości jednak po prostu znika iluzja materii, i natura Boga, przesycająca wszystko wokół, pojawia się sama przed sobą jako taka. Mówi się, że to samo dzieje się na koniec każdego poszczególnego życia. Nasz pałac przeżywa teraz nie najlepsze dni. Nietoperze żyją prawie we wszystkich komnatach. Wszędzie cmoka destyIator agregatu M5.

- Jest pan dobrze poinformowany - skomentowałem.

- Problem polega na tym, co zrobimy, kiedy Bóg ostatecznie będzie miał dosyć i zamknie projekt?

Ból głowy

Rzeźnia numer pięć - Lech Jęczmyk, Kurt Vonnegut

Panowie z kabaretu TEJ mówili w jednym skeczu:

- Oglądałeś CZTERECH PANCERNYCH?

- Gdybyśmy trzy takie czołgi mieli, to byśmy sobie sami tę wojnę wygrali.

 

Był taki szczęśliwy czas, że zaprzestano wyświetlania tego serialu w TV przez zarzut przedstawiania fałszywego obrazu wojny.

 

 

„Rzeźnia” w niektórych opisach pojawia się z tagami „humor”.

To niesmaczne skojarzenie.

Za to forma, jaką nadał jej Vonnegutt jest jak najbardziej trafna – absurd.

 

Tylko tak udało mu się wyrzucić z siebie to, co widział i przeżył.

Jeśli wierzyć Wikipedii – próbował 20 lat.

Inaczej można tylko pić, łykać proszki.

I próbować zagłuszyć krzyki we własnej głowie.

Witraż

Niedziela, która zdarzyła się w środę - Mariusz Szczygieł

Na co dzień jeży mi się włos od treści, które lajkują niektórzy znajomi.

Nie ze względu na poglądy i opcje, ale bardziej na pustotą twórców tych wpisów.

NIEDZIELA, KTÓRA ZDARZYŁA SIĘ W ŚRODĘ to dobry kontrast do takich treści.

A przy tym lektura obowiązkowa dla wszystkich niezadowolonych.

Dla tych którzy zapomnieli.

I dla tych, którzy nie mają czego pamiętać.

 

A to Polska właśnie.

 

Szanuję reporterów za ich przezroczystość.

Cenię również za to, że potrafią mieć własne zdanie.

Najlepsi tworzą obraz zlepiony z okruchów prawdy.

Dobry reportaż jest jak witraż, który pozwala zobaczyć z daleka i pod światło coś,

czego zupełnie nie sposób zobaczyć z bliska.

Na dodatek to piękny widok.