Piołunowe ziele

Upadek - Albert Camus, Steve Taylor

Zdecydowanie szukam w swoim czytaniu jakiegoś oparcia. Zdumienia, zaskoczenia, wiedzy, odpoczynku, przypomnienia, emocji, kunsztu. Staram się nie angażować w książki, które mi tego nie proponują.

 

Z „Upadkiem” mam problem wyjątkowy. Porównując ten utwór z kilkoma innymi i znanymi (Dżuma, Obcy, opowiadanie Gość) nie mam wątpliwości, że jest to najbardziej złożony, przemyślany w najmniejszym szczególe utwór. Do tego skondensowany tak, że niemal każde zdanie i scena mają ogromną wartość i mnóstwo treści w sobie. I to jest wspaniałe, głębokie i niesamowite.

 

Za to nie mogę poddać się samym słowom i treści książki. To nie jest mój świat. Nie trwanie, nie rozgoryczenie, nie cynizm, nie obojętność, nie żal do... ani zal za... .

 

Wolę wstawać, rozpoczynać, podnosić się, wprawiać w ruch. Po raz piąty, po raz setny. Jeszcze raz i jeszcze raz.... Wolę się dziwić – za każdym razem jakby po raz pierwszy. Wolę próbować trzymać emocje na wodzy i wybierać malutkie dobro w miejsce słusznego oburzenia i „świętego” gniewu.

 

Od kiedy babcia pierwszy raz zaaplikowała mi napój z piołunu wiem, że to doskonałe lekarstwo na dolegliwości żołądkowe. Ale nie istnieje po to, żeby pić go codziennie w miejsce herbaty, kawy czy wody. UPADEK to piękna książka, ale gorycz jaka z niej wypływa ma zbyt dużą dla mnie dawkę. A za dużo lekarstwa na raz działa jak trucizna.