NIE IDŹCIE DO KINA!

Panie Zbigniewie - dziękuję :)

Tekst przytaczam w całości, bez skrótów:

 

Zbigniew Brzeziński - „Hobbit” według Petera Jacksona? Dziękuję – nie biorę! (wpis wściekły o pojęciu pumperdentlich)


Temat tego co z szacownymi działami profesora Tolkiena zrobił i robi niejaki Peter Jackson chciałem poruszyć już kilka razy i kilka razy odpuszczałem, wzorem starożytnych powierzając moją prawdę Chronosowi. Na widok jednak kampanii promocyjnej „Hobbita”, mówiącej o tym, iż zaprasza się na film P. Jacksona „twórcy trylogii władca pierścieni” zwyczajnie szlag mnie trafia. Tym bardziej, że reżyser ów trylogię nie stworzył, a spieprzył. Ten facet nawet jeśli czyta, to bez zrozumienia. Dlatego też dominująca pozycja czegoś co nie istnieje, czyli części pierwszej „Hobbita”, w Googlu, woła o pomstę do nieba.

Na „Hobbita” się nie wybieram, ponieważ uważam Jacksona za szkodliwego cwaniaka, a jego punkt widzenia na traktaty tolkienowskie zwyczajnie mnie nie interesuje. Nie znam fana twórczości Profesora, który tak mało by z owych książek pojmował i spłycał je do historii typu „byli dobrzy i źli i sobie szli – ci dobrzy – i doszli, w efekcie czego wygrało dobro, hura, pitu pitu – dajcie mi swoje pieniądze!!!” Całość dotychczasowych dokonań tego Typka (to Jacksonie – Typek wielką literą bo jestem dobrze wychowany) tak właśnie wygląda. Da się ją nawet zamknąć jednym wyrazem: „pumperdentlich”. Jak napisał Ota Pavel: „Jest to (…) coś takiego, jakby szła piękna dama w sukni balowej lub fantastycznym futrze i wszystkim gały na wierzch wychodzą, a ona naraz wdepnie w gówno”. „To taka rzecz, co jest wspaniała, a przy tym gówno warta.” (z tomiku „Śmierć pięknych saren”).

Słowo uzasadnienia (krótkie bo najwięcej uwagi Jackson P. nie zasługuje)

Oczywiście jestem już duży, bądź jak mawiała córka gdy była mała „jestem już chłopcem urosłym” i przyjmuję do wiadomości, że adaptacja filmowa książki, zwłaszcza będącej traktatem filozoficznym, jest niemożliwa. Nie możliwe jest też to, żeby jakiś Typek z końca świata miał w głowie te same obrazki co ja. Nie przyjmuję jednak do wiadomości, że ktoś zajmujący się dziełem tak wielkim i tyle mówiącym o pokorze nie postanowił usunąć się w cień, lecz przeprowadził cykl rozpaczliwych zmian, które tylko uwidoczniły płyciznę jego wyobraźni mając jeden cel – wysunięcie
jego na pole pierwsze.

Część pierwsza „Władcy Pierścieni” – ważny moment. Pierwszy raz w pełni zgodziłem się z opinią Christofera Tolkiena, który opuścił premierę i mówił w wywiadach, że nienawidzi tych filmów. Co zresztą część krytyków uznała za „szokujące”. Dla mnie szokujące jest to jak ten pumperdentlich się może podobać komuś kto czytał książki…
W części pierwszej obejrzeliśmy wykastrowany obraz „Władcy” – bez Toma Bombadila na przykład. Bez 80% przesłań książki, a jest to traktat filozoficzny o drodze, o wyborach życiowych o przyjmowanych postawach. Bez Bombadila, jego dziedziny i Złotej Jagody ważny wątek upada. Czy ten bohater nie jest dla traktatu ważny? Jest… Dość powiedzieć, że lider grupy Armia – Tomasz Budzyński, przez lata występował pod tym właśnie pseudonimem. Jackson ma jednak to do siebie, że jak kastruje to na to miejsce wkłada swoje plastikowe przyrodzenia. I mamy na przykład stworzenie głównego Orka (zapomniał Jackson temu swojemu golemowi dać jakieś imię – może to i lepiej), któremu na końcu Aragorn z półobrotu obcina mieczem łeb… Cóż, we „Władcy” jest napisane na czym polegała niegodziwość w udoskonalaniu Orków przez Sarumana. No, ale, jak już wspomniałem, jeśli Peter Jackson nawet czyta, to bez zrozumienia. A pojedynek czarodziejów? Dwóch starszych facetów tłukących się laskami po głowach? Co to jest? Czemu to ma służyć? Całkiem chłopa pogrzało…

Mimo uczucia żenady po obejrzeniu „Drużyny pierścienia” poszedłem do kina na część drugą. Tu już reżyser przekroczył wszelkie granice… Wymyślone stwory – nikomu do niczego nie potrzebne (takie bydle, na którym jechali „ ci źli”). Aragorn spadający ze skały… Elfy broniące Helmowego Jaru żeby co? Dług spłacić? Jaki dług? Gimli, który mówi żeby nim rzucić w ciżbę walczących… No to już trzeba mieć mózg wielkości orzeszka i lubić głupio chichotać żeby załapać czemu ta scena służy. Do kompletu Legolas zjeżdżający po chodach na jakieś deskorolce bez kół i strzelający z łuku i moja scena faworyt: płonący Ent, który na swoich drewnianych nogach pędzi by ugasić płonącą głowę w wodach, których celem było wypłukanie brudów Isengardu… Co zaś zostało z przesłań? Porównajcie książkę z obrazkiem Jacksona. Trudno to
nawet w procentach oddać…

Tego było już dla mnie za dużo… Na trzecią część już nie poszedłem, bo po co? Dać zarobić paru cwaniakom?

Po tym co P. Jackson zrobił z „Władcą” kompletnie nie rozumiem zainteresowania jego punktem widzenia na „Hobbita”. Podział książeczki na trzy części pokazuje kierunek zysku aż nadto wyraźnie.

Jak ktoś chce obejrzeć długi film to niech się wybierze na „Piękną złośnicę” (wersja kinowa około 4 godzin). Jak ktoś chce opowieść o drodze to „Easy Rider” bije dokonania Jacksona na głowę. Z tym tylko, że wizje „Jacksona” nie mają głowy…

A jakby ktoś chciał powspominać to proszę bardzo: „Funniest scenes in LOTR two towers…” Boki zrywać…

Źródło materiału: http://blog.wirtualnemedia.pl/zbigniew-brzezinski/post/hobbit-wedlug-petera-jacksona-dziekuje-nie-biore-wpis-wsciekly-o-pojeciu-pumperdentlich