Pan Clive Staples Lewis

Listy starego diabła do młodego (ilustrowane) - C.S. Lewis, Stanisław Pietraszko

Czy można akceptować otoczenie, rzeczywistość, codzienność bezrefleksyjnie?

Można. Wystarczy być na czasie, skupiać uwagę, błyszczeć, brylować. Jeśli trzeba zaszokować, albo wykrzyczeć (wypromować) swoją „kwestię”.

 

Tylko wtedy nie bardzo jest możliwość zainteresowania się poezją. Raczej nie reaguje się na zwykłe i niezwykłe zjawiska przyrody. Nie ma potrzeby sięgania po teksty trudne, chyba że jest to konieczne do osiągnięcie celu biznesowo – materialnego. I raczej nie ma się wtedy obok siebie przyjaciół, z którymi można „ciekawie pomilczeć”.

 

Czy można odnajdywać się w otoczeniu, rzeczywistości, codzienności bez określenia własnej tożsamości?

Oczywiście, że można. Wystarczy zastąpić ją tzw. wizerunkiem. Na przykład ubierać się i wyglądać adekwatnie jak grupa do której aspirujemy, za członka której chcemy by uważani. Znać modne wśród nich tematy, orientować się w aktualnych tam trendach. Naprawdę wystarczy.

 

Tylko nie bardzo jest wtedy miejsce na znajomość własnych korzeni; świadomość życia swoich rodziców, dziadków, pradziadków – ich losów, czasów i miejsc, w których żyli; odkrywania jaka pamięć o nich przetrwała – bo to ona jest odbiciem ich światopoglądu i charakteru. Nie ma wtedy czasu na stawianie SOBIE pytań typu: skąd przychodzę, dokąd idę, po co, dlaczego? Nie ma potrzeby posiadania światopoglądu, który jest wynikiem wiedzy, przemyśleń, refleksji. Nie ma też potrzeby posiadania umiejętności obronienia go wobec własnych wątpliwości i zarzutów z zewnątrz. Znika również ze słownika słowo – autorytet.

 

Po co ten przydługi wstęp?

 

Najpierw po to, żeby przypomnieć, że Clive Staples Lewis wykładowca i profesor Oxfordu i Cambridge to najsłynniejszy (obok Tolkiena) intelektualista w nieformalnej grupie Inklingów - oksfordzkich uczonych spotykających się i dyskutujących ze sobą na w latach 30. i 40. XX wieku. Dalej po to, żeby przypomnieć, że te spotkania doprowadziły do zmiany światopoglądu ze świadomego ateizmu na chrześcijaństwo. Wreszcie po to, żeby nieśmiało zauważyć, że umierał jako religijny autorytet nie tylko w kościele anglikańskim.

 

Posady profesora nie osiągnął przez protekcję „rodziny”. Światopoglądu na religijny nie zmienił pod wpływem wypitego w pubach piwa. Na wszystko zapracował swoją głową. Od nadmiaru wiedzy nie zwariował. Od wiary nie zgłupiał. Był i pozostał dociekliwym intelektualistą. W miarę upływu lat coraz bardziej świadomym odpowiedzi na pytania: skąd przychodzę i dokąd idę.

 

Listy... nie są dla mnie religijno - fantastyczną wprawką szczęśliwego konwertyty tylko przewodnikiem. Pisane w czasie II wojny światowej są bardzo delikatnym i wyważonym przewodnikiem dla tych, którzy się po ludzku bali czegoś/o coś/o kogoś; dla nie do końca przekonanych; dla „chrześcijan ale...” (byłbym bardziej zaangażowany w sprawy wiary, ale przeszkadza mi w Kościele...); dla zawieszonych między dziecinnymi tradycjami otrzymanymi po rodzicach/dziadkach, a niechęcią do instytucji Kościoła.

 

Pisane są logicznie, dociekliwie, uważnie, z profesorską dokładnością. A jednocześnie na tyle prosto, że zwykła głowa nadążą za myślą autora. Do tego całość podana w wybornym sosie angielskiego humoru. Proszę Państwa, jak ten humor tu smakuje... :)