TEATR CIENI ZAMIAST BAŚNI Z MACONDO

Sto lat samotności - Gabriel García Márquez

Całkiem możliwe, że 100 lat samotności to najwybitniejsze dzieło Marqueza. Jak na razie z przyjemnością przeczytałem MIŁOŚĆ W CZASACH ZARAZY, przebrnąłem przez OPOWIEŚĆ ROZBITKA i podałem w jednej trzeciej GENERAŁA W LABIRYNCIE.

 

Gdyby nie moja czytelnicza ignorancja wobec tej części świata, historii i kultury Kolumbii wszystko mogłoby wyglądać w odbiorze inaczej. Nie będę skupiał się na tytułowej samotności, która dotyka w różny sposób wszystkich bohaterów powieści. Nie będę doszukiwał się kto jest kim - i czyim jest synem, córką, żoną, kochanką. Przecież i tak wszyscy ciągle nazywają się tak samo. Nie będę doszukiwać się prywatnych przeżyć autora i dlaczego największe namiętności bohaterów zawsze są adresowane kazirodczo. Nie potrzebuję odniesień i porównań do literatury światowej i Biblii (a to ci heca?) jakie odnaleźli w niej krytycy.

 

Literacki Nobel powinien o czymś świadczyć. Chciałbym, żeby poza egzotyką pisarza, za wartością tej książki przemawiała magia. Wystarczyłoby, żeby powieść (na co się zapowiadało) byłą zbiorem bardzo realistycznych baśni. Baśni z Macondo. Ale im dalej w treść, baśnie coraz bardziej wyglądają jak uliczny teatr kukiełkowy. A kukiełki to tylko drewniane, sztuczne, martwe lalki – nijak nie pasujące do żywych osób i coraz mniej do nich podobne. Wreszcie jest to już tylko teatr cieni, który pojawił się znikąd i w nicości utonął.