Jakiś potwór tu nadchodzi

Jakiś potwór tu nadchodzi - Ray Bradbury

Czy androidy marzą o elektronicznych owcach; Płyńcie łzy moje rzekł policjant; - mistrzowskie tytuły kojarzyłem dotychczas głównie z Philipem K. Dickiem. Czarowne i psychodeliczne. Mogło za nimi kryć się dosłownie wszystko. Ten od Bradbury'ego w niczym im nie ustępuje. A ponieważ jest cytatem z literatury klasycznej – odbieram go jako didaskalia od autora z informacją po co i dla kogo napisał tę książkę.

 

Klimat historii bardziej pasuje do horroru. Jest zawieszony jak chwila tuż po przebudzeniu. Albo w momencie zaśnięcia, kiedy jeszcze odbierane z otoczenia dźwięki już mieszają się z obrazami pod powiekami. Książka wypełniona po brzegi przeczuciami, niewypowiedzianymi emocjami, klimatem drżenia, półsnu, nienazwanych lęków.

 

W tym klimacie Bradbury bardzo precyzyjnie i mocno rozbudował wątek chłopięcej przyjaźni. Stop! Przyjaźni w ogóle. Ta w książce szybko przestaje być chłopięca. Jest jeszcze coś dla mnie ważniejszego: relacja ojciec – syn. Specyficzna – bo to jedyny syn zamkniętego i wycofanego ojca, który spłodził potomka w dojrzałym już wieku. Dla tego i właśnie tak jak tu pokazanego wątku warto przeczytać całość, nawet jeśli nie gustuje się w tego typu literaturze.