Dawno, dawno temu...
Rycerz nieistniejący jest ideałem. Pod każdym względem. W pracy, w walce, w miłości. To nic, że tak naprawdę jest to pusta zbroja, która żyje i działa „siłą woli i wiarą w naszą słuszną sprawę”.
Czy go lubią towarzysze? A skąd. Przecież – jak w codziennym życiu – wszystko dookoła zdaje się funkcjonować dzięki rytuałom, schematom, przyzwyczajeniom. I cała „rycerskość” niewiele ma wspólnego z rzeczywistością opisywaną w Pieśni o Rolandzie.
Mamy więc idealnego rycerza (choć ten tak naprawdę nie istnieje). Mamy jego giermka, który istnieje bardzo realnie – ale przeciwnie, w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy (sic!). W ogóle nie ma o tym pojęcia. Jest też młody (czytaj naiwny) rycerz rozdarty między ideałami, których spełnienia spodziewał się w armii i na wojnie - a pozorami, na których ta wojna i rycerskość jest oparta.
Tylko kiedy nieistniejący rycerz znika naprawdę, czegoś pozostałym zaczyna brakować. Brakować niewymownie. Tak bardzo, że życie bez niego staje się nie do zniesienia.
O czym jest ta historia?
A zatem i o miłości, tak jak o wojnie, opowiem tyle, ile sobie potrafię wyobrazić: sztuka pisania wszelakich historii na tym właśnie polega, by z tej odrobiny, jaką się z życia zrozumiało, umieć wysnuć całą resztę
3